niedziela, 09 maja 2010
słowo na niedzielę
Możesz rozwiesić swoją duszę gdziekolwiek
spokojnie odejść w ciemność gęstą jak mokra trawa
Pamiętaj, by mieć baczenie nad sobą
Dużo cierpliwości i zwykłą życzliwość
Możesz popełniać błędy
Ale nie marnuj szansy naprawienia ich
Wolno ci płakać
Mocno i długo, jak tylko chcesz
Nie zapomnij kim jesteś
I naucz siebie być właśnie nim
Kiedy tylko możesz - unoś się wysoko
Ludziom pozwól podejść tak blisko jak chcą
Trawa niech liże ci stopy
I pamiętaj, że między ramionami wiele jest miejsca
Sam sobie bądź opiekunem i nocną strażą
Pomagaj tak zwyczajnie żyć
I nie możesz się nigdy całkowicie mylić
I nigdy najzupełniej mieć racji
A jeśli bogów nie ma, pamiętaj -
i bez nich miłość ma szansę
niedziela, 30 listopada 2008
234
Było późno, trochę za bardzo trzęsło jak na tę porę, jak i na ilość alkoholu chlupoczącego jeszcze w środku.
I chyba też przez alkohol miało się trochę głupią minę i trochę zamazany obraz, nie na tyle jednak, by nie zobaczyć ich tuż obok i wszystkich ważnych szczegółów, które widzieć się chciało.
On był klasycznym przykładem faceta, do którego wszystkie jego kobiety będą zwracać się per „Misiu” i tak też podpisywać zdjęcia w tym, lub innym (ale najprawdopodobniej tym) portalu społecznościowym. „Ja i mój misiu”.
Misiu miał więc ogoloną głowę, szeroką twarz, polarową bluzę, grubą bransoletę zegarka na ręku i niebieskie oczy. Zauważyliście? Oni zawsze mają jakieś takie niebieskoszare oczy. Tacy chłopcy malowani, można by rzec, prawdziwi Polacy z dziada pradziada, z płowymi włosy i chabrowymi oczy.
Ona była dużo młodsza od niego, taka, co to częściej się mówi o nich „dziewczyna” niż „kobieta”. Przypominała jakąś młodą, polską aktorkę, ale raczej z tych, które grają, a nie tylko występują w teleturniejach. Miała landrynkowe usta i bardzo wąski nos. Była ładna, ubrana inaczej niż „one wszystkie”, a rząd brylancików zdobił tylko jedną kieszeń jej dżinsów, nic więcej.
Wracali więc razem nocnym autobusem, z jakiejś wspólnej przygody, a może z przygód całkiem osobnych, przygód, w których najważniejsze było to, że wpadli na siebie i wieźli teraz siebie gdzieś, gdzieś do siebie.
Ciągle niepewni byli tego flirtu, niepewni, czy dobrze robią, trzesąc się wspólnie i przekrzykując hałas silnika. Niepewni, wzajem się odpychając-przyciągając, próbując na rękę i słowa.
W którymś momencie ona chyba przeszarżowała z dystansem. On chyba się obraził. Na nic się zdało trzymanie za kurtkę. Wyskoczył w noc, na dwa przystanki przed nią, rzucając cwaniacko uśmiechnięte „cześć” znad szaroniebieskich oczu.
Ona została, plotąc w głowie dalsze ciągi, z których i tak samo złe by wyszło...
czwartek, 21 sierpnia 2008
Słowotok. Do szybkiego czytania.
I pewnego razu mówisz sobie w końcu „stop, dosyć, ja nie chcę, nie teraz, nie nigdy, tak, właśnie, nigdy, nie w tym życiu” (nie, żebyś wierzył w reinkarnację, nie w tym życiu - to wcale, nie ma nic poza życiem, będziesz w takim rodzaju niebycia w jakim byłeś przed własnymi urodzinami, ktoś kiedyś powiedział ci, że Lem, tak, ten wielki Lem, dzielił z tobą ten pogląd, poczułeś się trochę mądrzejszy przez jakieś 2 koma 3 sekundy, dobre i cenne i to), że „dziękujesz”, że zamykasz drzwi za sobą, ze zamykasz drzwi przed nosem innym, wszystkim innym, mówisz, moje, mój pokój, ja wiem, że trochę śmierdzi i ściany w ohydnym oleistozielonym kolorze, ale to moje ściany są, odwalcie się, do cholery. Możliwościom, wątpliwościom, pobożnym życzeniom i podszeptom diabła mówisz „nie, dziękuję”, i idziesz do swojego kąta pobawić się swoją nową, śliczną, pachnącą swieżością (trochę jak zupełnie nowa książka, której nawet sprzedawca nie otworzył, nie wiadomo, dlaczego, może okładka nie taka, nazwisko autora mało znane) DECYZJĄ, która jest tylko twoja i tego, z którym się dzielisz nią, jak chlebem, opłatkiem, jajkiem świątecznym, wielkanocnym (i dlaczego to jajko tak psuje, no? jajko dobre jest przecież), ostatnim szlugiem.
Podjąłeś decyzję. Twoje drzewko wiśniowe, pod którym stać będzie twoja ławka na wszystkie przyszłe wiosny – zaczęło kiełkować.
środa, 16 lipca 2008
Z lekką obawą otarcia się o kicz...
Mam nadzieję, że będę żyć wystarczająco długo, by w końcu cię spotkać, by natknąć się na ciebie, ot tak, zapewne całkiem przypadkiem. Mam nadzieję, że nie będę mieć takiego całkiem zgaszonego spojrzenia i goryczą wykrzywionych warg. I ni śladu zaszczucia w oczach. Ufam, że spodobają ci się moje zmarszczki - te od uśmiechu i te od łez - bo dla ciebie będą dowodem tylko mej cierpliwości. Że docenisz brak pośpiechu, który wówczas będzie mi towarzyszył. Liczę, że nie zgorzknieję tak do cna, że pozostanie we mnie na tyle wiary i radości, by mieć czym dzielić się z tobą do końca czasu, który bedzie nam dany. Że poza mądrością wciąż ocaleje we mnie tyle głupoty, by powiedzieć ci "tak". Na tyle naiwności, by zawierzyć, tak całkowicie (i na tyle, by wciąż wierzyć, że tylko tak trzeba i się godzi. całkowicie). Na tyle szczenięcej radości, by mieć czym oczarowywać cię w sobotnie poranki. Na tyle dziecięcej ufności, by wciąż wybaczać i wierzyć tylko w szczęśliwe zakończenia. I na tyle całkiem dziecięcej próżności, by do końca mieć pewność, ze jeszcze można dla mnie oszaleć i chcieć tylko mnie. Mam nadzieję, że moja skóra wciąż jeszcze będzie jasna, a oczy zachowają choć tyle blasku, byś nie mógł o nich zapomnieć. Że moje ramiona wciąż będą na tyle silne, byś mógł się w nich skryć, a mój brzuch wciąż jeszcze będzie trampoliną do nieba.
I - że do tego czasu - wciąż zachowam na tyle wiary, by czekać na to, zapewne całkiem przypadkowe, spotkanie.
sobota, 05 lipca 2008
powrót moich kobiet
Na przystanku było ich trzy. Jedna miała oczy jak ta Żydówka, z dzielnicy nieopodal, co to ich wygnali kiedyś, najpiękniejsze. Druga cała piękna była i słodka, jak chałka moczona w mleku. Trzecia, w turkusowym płaszczu przeciwdeszczowym, mazała gumką w kajecie. Każda z osobna i wszystkie razem: mało zdawały sobie sprawę z tego, jak bardzo są na miejscu, by ten czarowny wieczór uczynić jeszcze czarowniejszym. A potem najgrubsza na przystanku pocałowała najgrubszego i z wdziękiem wskoczyła do nadjeżdżającego 145. Po najchudszą i najstarszą ktoś podjechał, bardzo już się denerwowała. Do mojego wsiadła taka, co neurotyczna była jak Woody Allen, a piękna, czarno-kościsto-powściągliwa (modliłam się: boże, pozwól mi tak wyglądać za lat trzydzieści i koniecznie przypomnij, że mam nosić prochowce, a nie kurtki). Na sam koniec wypadało się zatrzymać w tej bramie między domami, gdzie płacz jest dozwolony, a wiatr osusza łzy, nim dotrą do ust. I można już było, z czystym, choć na ten wieczór, sumieniem, położyć się spać. (a telefon lakonicznie i wprost: Jakub[błąd])
|
|